piątek, 24 marca 2017

Yuri!!! on ice


Opis fabuły: Yuuri Katsuki, najbardziej obiecujący japoński łyżwiarz figurowy, wraca do domu po miażdżącej przegranej w finale cyklu Grand Prix. Bohater ma już dwadzieścia trzy lata, a jego szanse na podium maleją wraz z kolejnym rokiem. W swoim rodzinnym domu Katsuki chce się zastanowić, czy warto kontynuować swoją karierę. Wkrótce jednak jednym filmikiem zwraca uwagę celebryty światowego łyżwiarstwa, Rosjanina Victora Nikiforova, który postanawia zostać trenerem  Japończyka. Wydaje się, że z tej współpracy mogą wypłynąć same korzyści, ale na drodze na szczyt sportowej kariery Katsukiego staje wschodząca gwiazda - Yuri Plisetsky.

Moja opinia: Kto mnie zna, ten wie, że łyżwiarstwem figurowym jestem kompletnie zauroczona. Nic więc dziwnego, że z radością oczekiwałam na obiecującą serię, której głównym tematem jest właśnie ten sport. Już pierwsza zapowiedź wywarła na mnie spore wrażenie (ta animacja, ta muzyka!), a kolejna jeszcze bardziej sprawiła, że nie mogłam się doczekać pierwszego odcinka.

Podczas serii mamy okazję oglądać fragment Grand Prix, w którym główny bohater ma odnieść swój sukces. Obserwujemy Katsukiego, który często walczy o każdy skok, piruet, sekwencję kroków. Jednak nie tylko główny bohater ukazuje się na ekranie, ale cała plejada młodych i uzdolnionych animowanych łyżwiarzy. Chodzą opinie, że ich sylwetki są inspirowane prawdziwymi gwiazdami światowych lodowisk, na dodatek w jednym z odcinków pojawił się sam Stephane Lambiel. Bardzo mi się spodobało takie puszczanie oczka do tej części fanów, która z łyżwiarstwem figurowym ma nieco więcej wspólnego niż tylko oglądanie anime o tym sporcie.

Bohaterowie są niezwykle sympatyczni, charyzmatyczni i skutecznie podbijają kobiece serca. Każdy z nich wyróżnia się jakimiś charakterystycznymi cechami, jednak nie można powiedzieć, że ich sylwetki nie są całkowicie pozbawione schematów. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście duet japońsko-rosyjski, tworzony przez Katsukiego i Nikiforova. Dosłownie drepcze im po piętach bardzo młody, bo ledwie piętnastoletni Yuri Plisetsky, nawiasem mówiąc - mój ulubiony bohater. Nie sposób jednak nie wspomnieć o tajlandzkim przyjacielu Katsukiego, Phichicie Chulanoncie, starym znajomym Victora Chrisem Giacometti, ambitnym Jean-Jacques Leroyu czy równie interesujących sylwetkach kobiet: Mili Babichievy, Sarze Crispino czy Yuko Nishigori.

Grafika jest naprawdę miła dla oka. Ciekawym urozmaiceniem jest upraszczanie rysunków w momentach humorystycznych. Animacja jest płynna, twórcom udało się też uniknąć tego, czego się obawiałam najbardziej: nieumiejętnego odtwarzania elementów łyżwiarskich przenoszonych ze świata realnego na ekran. Piruety w pozycji wagi są piruetami w pozycji wagi, axle faktycznie przypominają axle. Zdecydowanie na plus.

Anime jest pełne fanserwisu, nie da się ukryć. Sądzę jednak, że jest on podany w takiej formie, że nikt nie powinien czuć się zgorszony. Pewna relacja między bohaterami wielokrotnie odrzuca antyfanów yaoi, ale ja uspokajam: Yuri!!! on ice zdecydowanie nie należy do tego gatunku, nie można go nawet przypisać do shounen-ai. Nie gwarantuję jednak, że "coś więcej" nie zostanie jednak bardziej zaakcentowane w drugim sezonie, który prawdopodobnie zostanie wydany (pewne sugestie zostały przedstawione w ostatnim odcinku - wspomniano chociażby Turniej Czterech Kontynentów). Serię zdecydowanie polecam. To dobra sportówka, ze zgrabnie poprowadzoną fabułą, a także komedia dająca świetną rozrywkę.

★★★★★★★★★✰

Metryczka: liczba epizodów: 12; emitowane: 06.10-22.12.2016 (sezon jesień 2016); pierwowzór: brak (seria oryginalna) ; reżyseria: Sayo Yamamoto; MAPPA

środa, 1 lutego 2017

Orange


Opis fabuły: Pewnego dnia Naho Takamiya znajduje list napisany przez siebie samą z przyszłości. Wiadomość ta przekazuje dziewczynie dokładne informacje na temat wydarzeń w najbliższym czasie, rozpoczynając od tego, że do jej klasy dołączy nowy uczeń - Kakeru Naruse. Zadaniem Naho, przekazanym jej przez samą siebie za dziesięć lat, jest takie podejmowanie decyzji, aby ocalić nowego przyjaciela, gdyż w przyszłości jest on już wśród zmarłych.

Moja opinia: Od dłuższego już czasu miałam ochotę obejrzeć coś typowo dziewczęcego, może z dawką dramatu i romansu. To całkiem dobra odskocznia od sportówek i shounenów, które zazwyczaj wybieram. "Orange" wydawało się być niezłe na tę okazję, szczególnie, że moja koleżanka oceniła wysoko tę produkcję. Postanowiłam więc dać jej szansę.

Historia naprawdę mnie urzekła, ale jednak momentami aż za bardzo przypominała inną produkcję tego typu: "Ano Hi Hana no Namae wo Bokutachi wa Mada Shiranai" (czy tylko ja mam takie wrażenie?). No nic, skupmy się jednak na recenzowanej serii. "Orange" jest historią naprawdę przeuroczą, którą niezwykle miło się ogląda. Momentami potrafi wywoływać uśmiech na twarzy widza, a czasami wyciska łzy. Nie są to ogromne emocje, ale losy bohaterów nie pozostają również całkowicie obojętne. Fakt faktem, seria czasami wydawała mi się zbyt nierealna (już pomijając wątek z listem z przyszłości) i przedramatyzowama. To jednak nie wpływa znacząco na mój odbiór całości.

Główni bohaterowie to grupka przyjaciół: Naho, Kakeru, ale również Hiroto Suwa, Saku Hagita, Takako Chino oraz Azusa Murasaka. To ich oglądamy na ekranie cały czas, inne postaci pojawiają się niezwykle rzadko. Losy tej szczęśliwej szóstki, a szczególnie duetu Takamiya-Naruse, stanowią oś fabularną. Tych młodych ludzi naprawdę można polubić. Do gustu najbardziej przypadł mi wiecznie wesoły Suwa, którego poświęcenie niezwykle mnie zaskoczyło (nie zdradzę nic więcej, to byłby zbyt rażący spoiler). Jego postępowanie, co prawda, było właśnie jednym z tych nierealnych elementów fabuły - podejrzewam, że naprawdę mało kto byłby aż tak altruistyczny jak on, ale tym zaskarbił sobie moją sympatię. Tego samego uczucia nie żywię właśnie do Takamiyi (tak się do odmienia?) i Naruse, którzy niezwykle mnie irytowali swoimi humorkami. O ile w przypadku chłopaka można jeszcze przymknąć na niektóre kwestie oko, o tyle w przypadku dziewczyny... nie, nie, nie. Zdecydowanie nie jest to moja ulubiona bohaterka.

Kreska jest naprawdę prześliczna, aż miło się patrzy. Projekty postaci może i nie są szczególnie wyróżniające się na tle innych, ale może to i lepiej. W końcu są to przeciętni japońscy licealiści, którym jedynie przydarzyło się coś niecodziennego. Muzyka natomiast należy do tych delikatnych i jest po prostu przyjemna dla ucha. Raczej nie zapadnie mi na dłużej w pamięci, ale dobrze komponowała się do całości. Sprawa ma się nieco inaczej z openingiem ("Hikari no hahen" wykonywane przez Yu Takahashiego) oraz endingiem ("Mirai" zespołu Kobukuro) - utwory te z pewnością pozostaną ze mną na dłużej.

Podsumowując, anime naprawdę przypadło mi do gustu i jestem skłonna określić je jako dobre, pomimo kilku wad (niekiedy brak realizmu i irytująca parka bohaterów). Historia przeurocza, zamknięta w trzynastu odcinkach. W pewien sposób nawet trzymała napięcie i właściwie wcale się przy niej nie nudziłam. Z czystym sumieniem mogę polecić.

★★★★★★★★✰✰

Metryczka: liczba epizodów: 13; emitowane: 04.07-26.09.2016 (sezon lato 2016); pierwowzór: manga ("Orange" Ichigo Takano); reżyseria: Hiroshi Hamasaki; Telecom Animation Films

Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic